Archive for Lipiec, 2013

Młodzież a polityka

W społeczeństwie już dawno przyjęła się obiegowa opinia, że młodzi ludzie są z natury apolityczni. Dokładnie nie wiadomo, skąd wzięło się takie przeświadczenie. Stereotyp ten postanowił niedawno przełamać Ruch Palikota, proponując obniżenie wieku najmłodszych wyborców z 18 do 16 lat. Pomysł ten spotkał się w niektórych środowiskach ze śmiechem, w innych z falą oburzenia, w jeszcze innych z natychmiastową aprobatą. Czy jednak taka zmiana faktycznie wyszłaby na dobre polskiej demokracji? Po ostatnim, tegorocznym egzaminie gimnazjalnym wielu komentatorów szczerze w to wątpi. Wykazał on poważne braki uczniów w zakresie podstawowej wiedzy. Okazuje się na przykład, że młodzi Polacy nie mają pojęcia, ilu posłów liczy polski sejm (w odpowiedzi na to pytanie często padała liczba 90). Mimo najlepszych chęci trudno w takim wypadku podejrzewać, że obniżenie wieku wyborczego wpłynie dodatnio na jakość naszego życia publicznego – choć, być może, nieco poprawiłoby kulejącą frekwencję. Jak rozkładają się sympatie polityczne młodzieży? Wydaje się, że młodzi ludzie interesujący się polityką najczęściej mieliby ochotę poprzeć wspomniany wcześniej Ruch Palikota – partię, która pragnie uchodzić za postępową, liberalną i „wyluzowaną”. Czy dostaną na to szansę? Tak – lecz nie wcześniej niż po osiemnastych urodzinach.

Wejście do strefy euro

Dyskusje o tym, kiedy i na jakich zasadach Polska powinna przyjąć europejską walutę, toczą się w naszym kraju od lat. Przekonanie, że na dłuższą metę nie mamy żadnej alternatywy, wydaje się raczej powszechne, ale wciąż nie wiadomo, w jakim terminie ów przełomowy krok mógłby nastąpić. W tej chwili nasz kraj nie spełnia jeszcze wszystkich wymogów; trudno też ukrywać, że sama strefa euro przeżywa ciężkie chwile związane z kryzysem finansowym. W takim układzie forsowanie jak najszybszej akcesji do eurolandu wydaje się posunięciem nierozsądnym – ciągle mówimy zatem o perspektywie lat, nie miesięcy. Eksperci podkreślają jednak, że w ostatecznym rozrachunku przyjęcie euro po prostu się nam opłaci – i to przede wszystkim w perspektywie politycznej, a dopiero później gospodarczej. Kraje, które euro przyjęły, posiadają bowiem decydujący głos przy podejmowaniu unijnych decyzji; to głównie od nich zależy kształt przyszłej Europy. Jeżeli nie chcemy wypaść z grona decydentów, powinniśmy wprowadzić euro u siebie tak szybko, jak będzie to możliwe. Zmiana ta wiąże się wprawdzie z silnymi obawami części społeczeństwa (wielu z nas niepokoi np. myśl o potencjalnym wzroście cen). Przykład Słowacji (a więc kraju nam bliskiego) pokazuje jednak, że lęk przed nową walutą niekoniecznie musi znajdować racjonalne uzasadnienie.

Polityk w sutannie

Niewiele jest w Polsce osób, które wzbudzałyby takie kontrowersje, jak ojciec Tadeusz Rydzyk. Toruńskiego redemptorystę zna cały kraj, ale opinie na jego temat są skrajne: we własnym środowisku uchodzi już niemal za świętego, w pozostałych społecznych kręgach ma opinię cynicznego biznesmena i politykiera. Nie da się ukryć, że założone przez niego ponad dwadzieścia lat temu Radio Maryja jest dla wielu polskich katolików wyrocznią zarówno etyczną, jak i polityczną. Jak wytłumaczyć ten fenomen? Komentatorzy niezwiązani ze środowiskiem o. Rydzyka upatrują źródeł powodzenia rozgłośni w alienacji, jaką odczuła część naszego społeczeństwa po zmianach ustrojowych. Ludzie starsi, schorowani i samotni czują się wykluczeni z oficjalnego nurtu życia publicznego; to głównie do nich kieruje swój przekaz radio z Torunia. Mogąc się z nim całkowicie identyfikować, gotowi są do prawdziwych poświęceń dla jego dobra (wystarczy przypomnieć, że wiele słuchaczek oddaje co miesiąc część swoich emerytur „na potrzeby radia”). Ojciec Rydzyk odgrywa jednak także nietuzinkową rolę polityczną – posłowie, którzy zasłużą sobie na jego przychylność, mogą liczyć na częste wizyty w rozgłośni i poparcie w kolejnych wyborach. Inne media często kpią sobie z „radiomaryjnego” elektoratu. Chyba jednak przedwcześnie i niesłusznie.

Wewnętrzne problemy Platformy

Już od dłuższego czasu wiadomo, że Platforma Obywatelska nie jest partią jednorodną. Taki stan rzeczy nie powinien dziwić – PO to główna siła w polskim parlamencie, a jako taka musi zawierać w sobie przynajmniej kilka frakcji. Ostatnio w mediach zrobiło się głośno zwłaszcza o tzw. frakcji konserwatywnej pod wodzą Jarosława Gowina. Dokładnie nie wiadomo, ilu posłów zrzesza owa grupa. Komentatorzy dostrzegają jednak wyraźnie, że wewnątrzpartyjni konserwatyści stanowią już pewien problem dla kierownictwa Platformy. Forsując jakiekolwiek projekty ustaw nacechowanych światopoglądowo, Donald Tusk powinien się liczyć z tym, że będzie napotykał na opór w łonie własnego ugrupowania. Zdarzyło się to już przy okazji głosowań w sprawie legalizacji in vitro i związków partnerskich. Szerokim echem odbiła się też inicjatywa konserwatywnego posła Jacka Żalka, który zażądał tzw. klauzuli sumienia dla aptekarzy (miałaby im ona zapewnić prawo do odmowy wydania określonego leku, jeśli aptekarz uznałby, że sprzedaż owego leku jest niezgodna z jego, aptekarza, sumieniem). Na razie trudno przewidzieć, jak premier poradzi sobie z konserwatystami. Jest natomiast rzeczą mało prawdopodobną, by Jarosław Gowin zdecydował się na opuszczenie szeregów PO i utworzenie własnej partii – powinny go odstraszyć analogiczne przykłady z ostatnich kadencji.

God bless America

Niedawne badania wykazały, że Amerykanie są najbardziej dumnym narodem na świecie. Losowo wybrana grupa obywateli miała odpowiedzieć na pytanie, jakie aspekty rodzimej rzeczywistości stanowią dla niej powód do dumy – ankietowani podawali najczęściej, że większość dziedzin życia politycznego i społecznego całkowicie spełnia ich oczekiwania. I w zasadzie trudno się im dziwić. Nie od dziś wiadomo, że Stany Zjednoczone (kraj stosunkowo młody, bo powstały zaledwie 250 lat temu) to największa światowa potęga gospodarcza i militarna oraz główna siła polityczna, z którą muszą się liczyć wszyscy inni przywódcy. Obywatele amerykańscy są świadomi wyjątkowości swojego kraju. Wielu z nich uważa wręcz, że mieszkańcy USA to nowożytny naród wybrany. Wrażenie to dodatkowo scementowały wydarzenia z 11 września 2001 roku oraz późniejsza wojna z terroryzmem – która zresztą trwa nadal i nieprędko się skończy. Amerykanie są dumni z własnej historii i swoich prezydentów, z wymiaru sprawiedliwości, z prestiżu krajowych uczelni wyższych, z rokrocznych osiągnięć sportowych. A także, oczywiście, z barw narodowych. Większość obcokrajowców zwiedzających Stany podkreśla tę właśnie osobliwość: zamiłowanie Amerykanów do wywieszania flag w oknach prywatnych domów. Ale jak skuteczniej zademonstrować narodową dumę?

Nasz legendarny przywódca

Niewielu Polaków w historii XX wieku było tak dobrze rozpoznawalnych na świecie jak Lech Wałęsa – człowiek-symbol, słabo wykształcony elektryk z Gdańska, który dzięki swojej charyzmie zdołał wyrosnąć na lidera „Solidarności” i poprowadzić naród ku wolnej Polsce. Wałęsa-lider to jednak nie to samo co Wałęsa-prezydent. O ile jego zasługi dla wyzwolenia naszej części Europy są niewątpliwe i rzadko negowane (niewielu bowiem potraktowało poważnie sensacje o agenturalnej przeszłości narodowego bohatera), o tyle styl późniejszej prezydentury Wałęsy do dzisiaj budzi w publicystach mieszane odczucia. Zarzucano byłemu prezydentowi ciągotki autorytarne, niekompetencję, arogancję, butę… co ostatecznie doprowadziło go zresztą do przegranej w kolejnych wyborach, w roku 1995. Jego późniejsze próby powrotu do głównego nurtu polityki kończyły się kiepsko lub wręcz groteskowo, co nie zmienia faktu, że były prezydent do dzisiaj zapraszany jest przez stacje radiowe czy telewizyjne do komentowania bieżących wydarzeń. Trudno także przemilczeć fakt, że jako laureat Pokojowej Nagrody Nobla cieszy się niesłabnącym uznaniem w świecie, co owocuje kolejnymi seriami wykładów na najbardziej prestiżowych uczelniach. Lech Wałęsa jest legendą. Nie odbiorą mu tego nawet najbardziej cięte języki czy niepochlebne prasowe artykuły.

Państwo, Kościół, laicyzacja

Po fundamentalnych zmianach ustrojowych, jakie zaszły w Polsce w 1989 roku, zmieniła się też w naszym kraju rola Kościoła katolickiego. Instytucja, która w czasach komunistycznego zniewolenia stanowiła dla narodu ostoję i źródło otuchy, po demokratycznym przełomie zaczęła nieco tracić na znaczeniu. Przynajmniej dla przeciętnego obywatela; trudno przecież nie zauważyć, że w doraźnych rozgrywkach politycznych odwoływanie się do uczuć i symboli religijnych nadal zajmuje poczesne miejsce. Ale to także się zmienia. Wśród polskich polityków widać coraz większą świadomość tego, że religia powinna być indywidualną sprawą każdego człowieka, natomiast obowiązkiem państwa jest zachowanie światopoglądowej neutralności. Co prawda wciąż jest chyba za wcześnie na zdjęcie krzyża ze ściany sejmowej, ale np. sporo szkół już się na ten krok zdecydowało. Czy działania te należałoby uznać za słuszne, czy wręcz przeciwnie? Ilu ludzi, tyle opinii. Fakty są natomiast takie, że Europa Zachodnia już od dawna poddaje się silnym trendom laicyzacyjnym, a Polska – wstępując do struktur UE – także coraz mocniej im ulega. Wypadałoby jednak przy okazji mocno podkreślić różnicę między laicyzacją a wynarodowieniem. Różnicę tę stara się (niesłusznie!) zacierać środowisko toruńskiego Radia Maryja i bliźniaczej Telewizji Trwam.

Stosunki polsko-niemieckie

Wśród komentatorów panuje niemal powszechna zgoda co do tego, że trwające przez dwa lata rządy Prawa i Sprawiedliwości odbiły się bardzo negatywnie na kształcie stosunków polsko-niemieckich. Bracia Kaczyńscy za wszelką cenę usiłowali zaszczepić w społeczeństwie nieufność wobec Niemców, ci ostatni zaś nie pozostawali im dłużni (przypomnijmy choćby pamiętny rysunek satyryczny z „Kartoflami”, opublikowany w jednym z największych niemieckich dzienników). Prześciganie się w złośliwościach ustało dopiero po wymianie polskiej ekipy rządzącej. Donald Tusk od pierwszych dni pracy swojego gabinetu kładł duży nacisk na poprawę relacji z zachodnim sąsiadem, otaczając się doradcami w rodzaju profesora Władysława Bartoszewskiego – a więc człowieka z oczywistych względów szalenie wyczulonego na kwestię niemiecką. Wydaje się, że nowa strategia przyniosła zamierzony efekt. Tusk przy każdej okazji podkreśla przyjaźń łączącą go z obecną kanclerz Niemiec Angelą Merkel, ona zaś z dumą przyznaje się do swoich polskich korzeni (ten aspekt jej życiorysu wyszedł na jaw dzięki niedawnej publikacji biografii Merkel). Oboje przypominają ponadto, że kontakty między naszymi krajami jeszcze nigdy w historii nie były tak dobre i przyjazne jak dzisiaj, i że należy je za wszelką cenę pielęgnować – wbrew różnym demagogicznym podszeptom.

Skandalista Jan Hartman

Profesora Jana Hartmana znają właściwie wszyscy, których choć w minimalnym stopniu interesuje życie publiczne. Złośliwi twierdzą, że cała niemal działalność Hartmana koncentruje się na zwróceniu uwagi mediów. I pewnie mają trochę racji – profesor przyznaje, że lubi występować przed kamerą. Dziwić może zatem fakt, iż nie udało mu się po ostatnich wyborach znaleźć w parlamencie – a startował do sejmu z listy SLD. Kto wie: może gdyby wybrał inną partię, ludzie okazaliby się dlań łaskawsi? Ponoć Janusz Palikot proponował mu „jedynkę” na swojej liście w Krakowie, ale profesor odmówił, tłumacząc się nieufnością wobec nowego ugrupowania. Tak czy inaczej, przegrana w wyborach nie przyczyniła się do spadku jego popularności. Prawicowe media co rusz cytują kolejne wywiady z Hartmanem, zarzucając mu działalność wywrotową i szkodzenie Polsce. Sam Hartman, niezrażony, wciąż walczy o liberalizację prawa i obyczajów, piętnuje antysemickie zapędy niektórych środowisk, a przede wszystkim, jako filozof, pracuje naukowo w Collegium Medicum UJ. Ciągle jednak podkreśla, że marzy mu się prawdziwe wejście do świata polityki. Zamierza zatem wystartować w kolejnych wyborach, choć na razie nie zdradza, z czyjego ramienia. Czy za drugim podejściem jego popularność okaże się wystarczająca? Wszystko w rękach wyborców.

Nowe oblicze terroryzmu

Zamach na mecie maratonu w Bostonie uświadomił Amerykanom (a także szeroko rozumianej społeczności międzynarodowej), że terroryzm wchodzi właśnie w nową fazę. Specjaliści zajmujący się zagadnieniem podkreślają rolę lokalności, regionalności w dalszych możliwych kierunkach rozwoju terrorystycznych doktryn. Stojący za bostońską masakrą bracia Carnajewowie nie byli bezpośrednio związani z żadnym ugrupowaniem typu Al-Kaida. Działali sami, pod wpływem ekstremistycznej islamskiej prasy, w której mieli znaleźć szczegółowe instrukcje, jak skonstruować bombę. Eksperci przewidują, że właśnie taki będzie terroryzm przyszłości: bardzo lokalny i rozdrobniony, a więc niesłychanie trudny do unieszkodliwienia go w porę. Wydaje się zresztą, że sama Al-Kaida doskonale rozumie, jakie korzyści może czerpać z działań oddolnych, bezpośrednio przez siebie niekontrolowanych. To właśnie jej członkowie założyli nieregularnie ukazujący się periodyk „Inspire”, w którym uczą młodych adeptów zabijania, jak skutecznie toczyć dżihad na terytorium nieprzyjaciela (w jednym z numerów zamieszczono artykuł samego Osamy ben Ladena). Nikogo nie trzeba chyba przekonywać o zagrożeniu płynącym z owych nauk dla zachodniego świata. Walka z ekstremistami to jedno z największych i najkosztowniejszych wyzwań dla współczesnej cywilizacji.