Archive for Lipiec, 2013

Życie w Korei Północnej

Korea Północna ma opinię najbardziej zamkniętego państwa świata. Kraje zachodnie nie wiedzą do końca, co się dzieje na terytorium podległym dynastii Kimów, muszą zatem polegać na relacjach uciekinierów oraz coraz dokładniejszych zdjęciach satelitarnych. Opowieści ludzi, którzy zdołali umknąć komunistycznej dyktaturze, bywają często porażające. Przewija się w nich nieustannie wątek powszechnego głodu, indoktrynacji, radykalnego ograniczenia swobód obywatelskich. Zgodnie ze sformułowaną przez Kim Ir Sena filozofią „samodzielności” („dżucze”), państwo północnokoreańskie stawia sobie za cel niezależność ustrojową od czynników zewnętrznych. W praktyce oznacza to tyle, że władza do dzisiaj hołduje modelowi rządzenia charakterystycznemu dla wczesnego stalinizmu w Europie Środkowej i Wschodniej. Ekonomiczne skutki takiej polityki odbijają się oczywiście głównie na obywatelach – niedożywionych, pracujących często ponad siły, zdanych na pomoc humanitarną organizacji międzynarodowych. Ponura legenda otacza północnokoreańskie obozy koncentracyjne, szczegółowo i drastycznie opisywane przez tych, którym udało się wyjść z nich cało. Świat wydaje się być wobec wszystkich tych okropności bezsilny. Czy jednak naprawdę posiadamy moralne prawo do zaniechania jakiejkolwiek reakcji? Moralne autorytety Zachodu uparcie milczą.

Groźby Korei Północnej

Od początku roku media donoszą o coraz bardziej niestabilnej sytuacji na Półwyspie Koreańskim. Nowy lider Korei Północnej, Kim Dzong Un, od momentu objęcia władzy daje się poznać jako przywódca nieprzewidywalny, mniej skory do pokojowych rozmów niż jego ojciec, Kim Dzong Il. W lutym północnokoreańskie władze przeprowadziły próbę atomową, łamiąc tym samym międzynarodowy zakaz i ściągając na siebie nowe sankcje ze strony ONZ. Rozwścieczony tym faktem Kim zerwał stosunki dyplomatyczne z Koreą Południową i Stanami Zjednoczonymi, dając im jednocześnie do zrozumienia, że nie wyklucza wszczęcia konfliktu zbrojnego. Od tej chwili wspólnota międzynarodowa zadaje sobie nieustannie pytanie, jaka jest rzeczywista siła Korei Północnej. Powszechnie wiadomo, że jej armia – choć pod względem liczebności zajmuje trzecie miejsce na świecie – jest słabo uzbrojona, a posiadana przez Kima broń jądrowa nie pozwoliłaby mu na realne zagrożenie USA. Nie oznacza to jednak, że Zachód stara się bagatelizować groźby koreańskiego dyktatora. Wybuch wojny oznaczałby dla państw zachodnich nieuchronne straty w ludziach i sprzęcie, zaś dla samej Korei mógłby wiązać się nawet z całkowitym unicestwieniem. Przywódcy zachodni mają więc nadzieję, że Kim nie zdecyduje się mimo wszystko na żadne desperackie, chaotyczne kroki.

Ci, którzy nie wierzą

Prawo i Sprawiedliwość jest partią, której losy zależą w zasadzie od jednego człowieka – Jarosława Kaczyńskiego. Zdanie prezesa nie podlega dyskusji, co sprawia zresztą, że ustawicznie podnoszą się głosy określające PiS mianem partii wodzowskiej. Tendencja ta stała się jeszcze bardziej jaskrawa od czasu katastrofy smoleńskiej oraz związanej z nią teorii zamachu. Kaczyński, przy wydatnym udziale szefa powołanej przez siebie komisji, Antoniego Macierewicza, lansuje tę teorię przy każdej okazji, usiłując zarazem sprawiać wrażenie, iż wypowiada się głosem całego swojego ugrupowania. Tymczasem wewnątrz PiS-u słychać nieśmiałe protesty ze strony tych, którzy mimo wszystko w zamach na prezydenta nie wierzą. Nie wszyscy posłowie partii biorą udział w pracach komisji Macierewicza – niektórzy wymigują się osobistym brakiem kompetencji, inni (jak np. Zbigniew Girzyński) przyznają wprost, że dają wiarę ustaleniom rządowym. Co na to prezes? W udzielonym niedawno wywiadzie Kaczyński oznajmił, że w jego partii nie obowiązuje jednomyślność co do sprawy Smoleńska – każdy poseł PiS-u ma prawo zachowywać w tej kwestii własne zdanie. Z drugiej strony, media donosiły o przypadkach, gdy zbyt otwarte mówienie o niewierze w zamach spotykało się z dezaprobatą prezesa. Jak znaleźć złoty środek? Czy to w ogóle możliwe?

Kto zjednoczy lewicę?

Dla nikogo nie jest chyba tajemnicą, że polska lewica od wielu lat przeżywa permanentny kryzys tożsamości – zupełnie jakby sama nie potrafiła zdecydować, czy ważniejsze jest dla jej członków wspomnienie dawnej, peerelowskiej świetności, czy próba dogonienia aktualnych trendów zachodnich. Po wyborach z roku 2005, sromotnie przegranych przez Sojusz Lewicy Demokratycznej pod wodzą Leszka Millera, wydawało się, że ugrupowanie to nieodwołalnie przechodzi już do lamusa. Tak się jednak nie stało. SLD jest obecnie partią raczej słabą i mało wpływową, ale nadal dzierży ponad dwadzieścia szabel w polskim sejmie, a sam Miller – po kilkuletniej nieobecności – niespodziewanie znów zasiadł za sterami partii i zapowiada nowy początek. Sojusz posiada jednak w tej chwili groźnego konkurenta: Ruch Palikota, który zdążył już zagospodarować znaczną część lewicowego elektoratu. Jeszcze jakiś czas temu nieśmiało mówiło się, że być może dobrym rozwiązaniem dla lewej strony sceny politycznej byłoby połączenie sił i wystąpienie pod wspólnym szyldem. Jak to jednak często w polityce bywa, na dywagacjach i wstępnych rozmowach się skończyło. Aktualnie misję zjednoczenia obozu próbuje wziąć na siebie Aleksander Kwaśniewski, jednakże chyba tylko najwięksi optymiści i wierni wielbiciele wierzą w sukces jego przedsięwzięcia.

Wszystkie twarze Palikota

Janusz Palikot od dawna jest obiektem zainteresowania zarówno mediów, jak i innych polityków. Początkowo znany głównie z kontrowersyjnych posunięć w łonie macierzystej PO, po kilku latach zdecydował się na założenie własnego ugrupowania, z którym osiągnął niemały sukces – udało mu się niejako „rozmontować” monopol rządów PO – PiS oraz stać się trzecią siłą w polskim parlamencie. Palikot budzi wśród komentatorów i zwykłych ludzi mieszane uczucia: z jednej strony powszechnie uznaje się go za inteligentnego i sprytnego gracza, z drugiej – zarzuca mu się cynizm i niefrasobliwość w dobieraniu aktualnie wyznawanych przekonań. Ekspertom trudno zapomnieć, że szef i założyciel Ruchu, określającego się jako partia na wskroś laicka i antyklerykalna, jeszcze kilka lat temu wydawał ultraprawicowe pismo „Ozon”, piętnujące między innymi mniejszości seksualne (do dzisiaj wypomina się Palikotowi jedną z okładek miesięcznika, zawierającą hasło: „Zakaz pedałowania”). Ostatnio ostro krytykowano posła Palikota za sposób postępowania z Wandą Nowicką, koleżanką z partii, która – wbrew jego żądaniom – nie chciała zrzec się fotela wicemarszałkini sejmu. Po tym incydencie część opinii publicznej wieszczy rychły koniec kariery Janusza Palikota – czas pokaże, na ile głosy te są uzasadnione. Czy dawny skandalista dostał zadyszki?

Polityczno-obyczajowa rewolucja

Ostatnie wybory parlamentarne oznaczały dla polskiej polityki prawdziwy obyczajowy przełom. W ich wyniku bowiem po raz pierwszy zasiedli na sali sejmowej posłowie o tzw. nieheteronormatywnej tożsamości płciowej (zdeklarowany homoseksualista Robert Biedroń oraz transseksualna Anna Grodzka – oboje zdobyli mandat z ramienia Ruchu Palikota). To wydarzenie potwierdza stawianą od jakiegoś czasu przez ekspertów tezę, że nasze społeczeństwo staje się coraz bardziej tolerancyjne i otwarte. Być może wciąż sporo nam brakuje do laickiego liberalizmu cechującego Holandię czy Francję, ale widać wyraźnie, że także u nas słabną tradycyjne wpływy Kościoła katolickiego i stereotypowe uprzedzenia wobec odmienności. Poseł Biedroń stał się jedną z twarzy debaty o związkach partnerskich, zakończonej zresztą niepowodzeniem; sejm, po cyklu płomiennych wystąpień zwolenników i przeciwników ustawy, ostatecznie odrzucił projekt. Z kolei Anna Grodzka wzięła mimowolnie udział w przepychance o fotel wicemarszałkini, które to miejsce miała dla niej zwolnić koleżanka z partii, Wanda Nowicka (do zamiany ostatecznie nie doszło, a sprawa Nowickiej stała się jednym z największych skandali trwającej kadencji sejmowej). Działalność obojga posłów nie schodzi jednak wciąż z czołówek prasy – i to zarówno tej poważnej, jak i bulwarowej.

Kariera Jarosława Gowina

Powołanie Jarosława Gowina na stanowisko ministra sprawiedliwości od początku budziło w społeczeństwie mieszane uczucia. Komentatorzy zwracali uwagę na fakt, że Gowin – z wykształcenia filozof – nie posiada wystarczających kompetencji, by objąć jeden z najważniejszych i najbardziej wymagających resortów w rządzie Donalda Tuska. Samego premiera posądzano z kolei o to, że przekazując Gowinowi tekę ministerialną, usiłuje pozbyć się groźnego konkurenta w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach. Obawy ekspertów i opozycji okazały się zresztą uzasadnione: konserwatywne poglądy ministra Gowina skłaniały go do wielu kontrowersyjnych wypowiedzi, między innymi w temacie niezwykle drażliwym, za jaki uchodzi legalizacja tzw. związków partnerskich. Czarę goryczy przelało jednak inne wystąpienie Gowina, w którym zarzucił on niemieckim naukowcom przeprowadzanie eksperymentów na polskich embrionach (minister nie przedstawił przy tym żadnych dowodów na potwierdzenie swoich oskarżeń). Owa niefortunna wypowiedź skłoniła premiera Tuska do zdymisjonowania kłopotliwego ministra; rzuciła się też cieniem na niewątpliwy sukces Gowina, jakim było przyjęcie tzw. ustawy deregulacyjnej. Co z dalszą karierą byłego ministra sprawiedliwości? Gowin planuje ponoć startować na urząd prezydenta Krakowa. Komentatorzy określają jego szanse jako znaczne.

Polska polityka strachu

Lata 2005-2007 to w powszechnym odbiorze bardzo kiepski czas dla polskiej polityki. Dojście do władzy ugrupowania braci Kaczyńskich wiązało się z permanentnym łamaniem zasad demokracji, przyzwoitości, a często wręcz zdrowego rozsądku. Zerwanie współpracy z niedawnym sojusznikiem, Platformą Obywatelską, zaowocowało koalicją rządową z dwoma ugrupowaniami populistycznymi – Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną. Owa koalicja, trwająca ze zmiennym powodzeniem przez dwa lata, bywała dla komentatorów zarówno źródłem niepokoju, jak i wesołości. Któż do dzisiaj nie pamięta posłów Samoobrony w biało-czerwonych krawatach? Kto zdołał zapomnieć o słynnych inicjatywach Romana Giertycha, na czele z mundurkami i „amnestią maturalną”? I wreszcie – by wrócić do poważniejszego tonu – komu udało się wyrzucić z pamięci atmosferę nieustannego napięcia i zagrożenia, tak skutecznie podsycaną przez prezesa PiS? Codzienne bombardowanie narodu słowem „układ” oraz założenie, że „ciemny lud wszystko kupi”, sprawiły, że po odsunięciu PiS-u od władzy Donald Tusk długo zbijał polityczny kapitał na obawach społeczeństwa przed powrotem Kaczyńskiego do sterów. Ten straszak przestaje jednak działać. Aby wygrać następne wybory, ekipa Tuska będzie musiała bazować już nie na strachu, lecz przede wszystkim na własnych sukcesach gospodarczych.

Echa katastrofy smoleńskiej

Od dnia tragedii pod Smoleńskiem, która pochłonęła wielu członków polskich elit politycznych, minęły już trzy lata, jednak jej echa nadal silnie pobrzmiewają w naszym życiu publicznym. Obok oficjalnej wersji wydarzeń, upatrującej przyczyn katastrofy w fatalnych warunkach atmosferycznych i błędach załogi, popularność zdobyła wersja alternatywna, lansowana przez prawicowych polityków i media. Zgodnie z nią, na pokładzie prezydenckiego samolotu miało dojść do eksplozji, co wskazywałoby nie na nieszczęśliwy wypadek, ale na zamach terrorystyczny. Strona rządowa określa taki scenariusz wydarzeń jako zupełnie nieprawdopodobny i wyssany z palca, co nie przeszkadza jego zwolennikom gorliwie forsować swojej wersji wypadków i na własną rękę szukać winnych. Kolejne rocznice katastrofy upływają części społeczeństwa pod hasłami żądania „prawdy o Smoleńsku”, a działacze opozycji umiejętnie podsycają atmosferę, dorzucając do znanych faktów nowe (często wątpliwej jakości) szczegóły. Kiedy to wszystko się skończy? Wydaje się, że nieprędko – 10 kwietnia 2010 to data w jakiś sposób przełomowa, determinująca kształt polskiej polityki na kilka (kilkanaście?) najbliższych lat. Wiele osób może to irytować czy drażnić – zwłaszcza najbliższe rodziny ofiar katastrofy, potrzebujące przede wszystkim spokoju.

Polska scena polityczna

W polskim życiu publicznym obserwujemy od kilku (a może i kilkunastu) lat tendencję do „zamrażania” politycznej sceny, obleganej ciągle przez tych samych graczy, którzy są obsadzani w coraz to nowych rolach. Kolejne partie pojawiają się i znikają, ale ich skład osobowy podlega zaledwie delikatnym korektom. Udział w debatach telewizyjnych czy radiowych biorą ciągle te same osoby, co może wywoływać – i często faktycznie wywołuje – w wyborcach reakcję głębokiego znużenia. W tym miejscu trzeba jednak uczciwie przyznać, że podobny stan rzeczy obserwuje się w demokracjach zachodnich, znacznie starszych i stabilniejszych niż nasza. Trudno jednoznacznie określić, czy zjawisko to służy, czy też szkodzi parlamentaryzmowi. Eksperci wskazują, że odświeżenie wizerunku danej partii (na przykład poprzez dokooptowanie do niej nowych, młodych i ambitnych członków) zdecydowanie poprawiałoby notowania tejże partii w sondażach. Z drugiej strony, przywódcy poszczególnych ugrupowań doskonale zdają sobie sprawę z oczekiwań swojego „żelaznego” elektoratu, który pozostaje przy nich właśnie ze względu na niewielką wewnętrzną rotację. Oba te przeciwstawne stanowiska trudno wypośrodkować. „Starzy” działacze zajmują więc najczęściej miejsca we władzach partii, młodzi zaś pracują w regionie i oczekują nadejścia nowej ery.